piątek, 23 marca 2012

Dawno temu... Afrodyzjaki w kuchni - warsztaty z Makro

Czas, by nadrobić zaległości. Chciałam jak zwykle połączyć wpis z własnoręcznie przygotowanym przepisem, ale wymarzone mule okazały się w Toruniu nieosiągalne. Jedyna nadzieja to Makro - pewnie w końcu uda się trafić na świeże (puszczam oczko znajomym posiadającym kartę Makro;)) i przygotować je na kilka sposobów. Inspiracji mam mnóstwo :)
Warsztaty w wielkiej kuchni Makro HORECA to fascynujące przeżycie. Profesionalnie wyposażone stanowiska, sympatyczny prowadzący - panowie Grzegorz Kazubski i Piotr Kraśkiewicz - i moc atrakcji.
Dla mnie te warsztaty miały jeszcze jedną, dużą atrakcję, bo moją "parą" została Ania z bloga Pokolorowani w kuchni, z którą chodziłam do Liceum Plastycznego w Bydgoszczy i której nie widziałam od pięciu lat. Nasze losy połączyły się absolutnie niespodziewanie w Warszawie... miałyśmy co wspominać :) Fantastycznie było również spotkać blogerki, których kulinarną twórczość podziwiam od dawna :)
Lampka musującego wina z porzeczkowym likierem na początek i można zacząć gotować :)
Na początek mule... szalotka, czosnek, masło, śmietanka, chilli, białe wino i winiak... pyszne, proste, perfekcyjnie zgrane. Smakowało wszystkim... nie wiem czy została choć odrobina sosu, bo wszystko skrupulatnie wymuskałam kawałkiem bagietki. Mule (nie licząc procesu sprawdzania i mycia) nie wymagają wiele wysiłku, więc mogą być popisowym daniem nawet dla osób, które twierdzą, że nie potrafią gotować. Pyszności! Mimo obfitego śniadania, zjadłam całą swoją porcję i większość porcji Ani :)
Później nastąpiła próba spożycia ostryg... jakie były wrażenia możecie poczytać na blogach... nie spotkały się z entuzjazmem :) Ale nie można się zniechęcać! Ciężko je otworzyć (wymagają specjalnego nożyka), ale myślę, że jeszcze kiedyś podejmę wyzwanie i przygotuję je tak, że smak morskiej wody zamieni się w coś innego :) Przyznaję, że sos mignonette (z octu winnego, szalotek, z pieprzem i solą) nie sprawił, że były dużo lepsze... Trzeba będzie potrenować :)
Był jeszcze słodki akcent - fantastyczne czekoladowo-bananowe suflety. Suflet to delikatny deser i nie przepadam za jego przygotowywaniem, bo zawsze mnie korci, żeby otworzyć piekarnik. Całe szczęście czas pieczenia to kilka minut - i niezły deser gotowy.
Zwieńczeniem warsztatów był... bufetowy stół z pysznościami przygotowanymi przez Makro. Czego tam nie było! Czekoladowa fontanna + owoce, sushi, krewetki, kalmary w cieście, szparagi, sałatka z kaczką i figami ... moc afrodyzjaków. Gdzie to wszystko zmieścić? Wszystkiego chciało się spróbować... takie kolorowe jedzenie lubię najbardziej.
Wrażeń było mnóstwo, za wszystko serdecznie dziękuję (z opóźnieniem, ale baaaardzo gorąco) i do zobaczenia następnym razem :)
TUTAJ fotorelacja Makro

A poniżej kilka zdjęć. Na pierwszym ja z Anią, którą serdecznie pozdrawiam :)






Czyż nie piękne kolory? :)



5 komentarzy:

  1. Czasem żałuję, że nie jestem blogerką i nie mogę jeździć na takie warsztaty :-) Dla Was dziewczyny to pewnie coś w rodzaju nagrody za cały trud włożony w te piękne zdjęcia i smaczne przepisy. Ja nie dałabym rady, ale całe szczęście mam Was jako kolorową wskazówkę. pozdrawiam!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Na mule przepis dokładny poproszę :]

    OdpowiedzUsuń
  3. Wygląda na to, że wesoło tam było ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zazdraszczamy tej degustacji ostryg :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za wizytę na blogu!
Jeśli komentujesz, korzystając z opcji "anonimowy", prosimy napisz w komentarzu nick lub swoje imię ;)