wtorek, 5 maja 2015

Wegańskie penne alla puttanesca

Pasta alla puttanesca... jeden z moich ulubionych sposobów na prostą pastę we włoskim stylu (tutaj w wersji tradycyjnej). Niestety - jak to z ulubionymi daniami bywa, jestem jej w stanie zjeść tyle, że... no cóż, postanowiłam, że tak jak inne makarony będę ją przygotowywać okazyjnie, żeby za bardzo nie rozrosnąć się wszerz ;) Co prawda w tym przepisie jedna porcja to tylko 75 g makaronu razowego (czyli tak mniej więcej 250 kcal), co z sosem w moim przypadku czyniło idealną porcję obiadową, ale i tak, gdybym tylko sobie na to pozwoliła, to jadłabym i jadłabym... to jest po prostu dobre!
W tej wersji oczywiście nie ma moich ukochanych anchois... jest za to więcej niż w "standardzie" oliwek (w dodatku w całości!) i kaparów. W smaku nie różni się tak bardzo... wymagało tylko ciut więcej soli ;)



W tym daniu wykorzystałam też wspaniały wegański wynalazek, czyli "parmezan" z migdałów, o którym kiedyś przeczytałam u Marty z Jadłonomii. Specjalnie kupiłam paczuszkę płatków drożdżowych i uważam je za jedno z fajniejszych odkryć 10 dni weganizmu ;) Są świetne i wciąż kombinuję do czego by je dodać...

czwartek, 30 kwietnia 2015

Wegańskie kotleciki z soczewicy

Jak mogliście przeczytać we wczorajszym wpisie (klik) na 10 dni zostałam weganką. Przygotowywałam w tym czasie swoje sprawdzone wege-dania, ale też kombinowałam z nowymi smakami. Wegańskie kotleciki z zielonej soczewicy są tego przykładem, bo do tej pory korzystałam raczej z czarnej i czerwonej soczewicy. Tymi kotlecikami zielona soczewica wyszła z mojej "niełaski" ;)



Mają fajną konsystencję... i, co muszę przyznać, wizualnie imitują mięsne, smażone klopsiki naszej mamy ;) Całe szczęście są w 100% wegańskie, ale dzięki przyprawie typu gyros (w skład której wchodzą: sól, czosnek, kolendra, gorczyca, papryka słodka, chili, cukier, kozieradka, rozmaryn, tymianek, oregano, cebula i pieprz czarny) mają charakterystyczny, znany posmak, choć ich struktura jest zupełnie inna. Możecie je włożyć w burgera lub podać z dowolnymi warzywami. Są w sam raz do majówkowego kosza piknikowego!

środa, 29 kwietnia 2015

Być weganką przez 10 dni

W poniedziałek tydzień temu obudziłam się z myślą, że najlepiej zacząć od zaraz... Bez zbędnych przygotowań, czyszczenia lodówki i zapełniania jej zupełnie innymi produktami. Nie byłam do tego przygotowana w stu procentach, ale wiedziałam, że chcę podjąć takie wyzwanie, że pomoże mi ono zagłębić się w kuchnię, którą znam dosyć powierzchownie i spojrzeć na nią z trochę innej perspektywy. W ubiegły poniedziałek zaczęłam swoją małą, prywatną akcję - na 10 dni stałam się weganką.



Od kiedy zaczęłam zdrowiej się odżywiać mięso pojawia się na moim stole dużo rzadziej. Bywały tygodnie, gdy nie było go wcale... Ale za to były ryby i owoce morza - przez to, że musiałam zadbać o ciśnienie i poprawić wyniki krwi, to właśnie na rybach w dużej mierze oparłam swój jadłospis. Od dawna kupuję jajka "zerówki" i "jedynki", mleka praktycznie nie piję (przerzuciłam się na sojowe), ale lubię sery - jednak i je muszę wybierać rozważnie ze względu na zawartość tłuszczu. Jednak im bardziej moja konsumencka świadomość rośnie, tym bardziej jest mi bliska kuchnia roślinna. Indyjskie curry z cieciorką, soczewicą lub szpinakiem, fantastyczne wegańskie zupy-kremy, strączkowe kotleciki i zielone i owocowe koktajle - to moje ulubione klimaty... Jedząc takie dania, mam poczucie, że mój organizm jest mi wdzięczny za to, że karmię go tak dobrze ;)

Tych 10 dni było swego rodzaju wyzwaniem, które rzuciłam sama sobie - weganizm nie wydaje mi się czymś nietypowym i dziwnym, jednak reakcje bliskich mi osób były różne. Od potrzeby upewnienia się "czy to pewno tylko na trochę", wyrazy współczucia ("biedna jesteś, że nie możesz spróbować tego kurczaka"), po słowa wsparcia i gratulacje odwagi. A mi wydawało się, że bycie stuprocentowym roślinożercą to nic takiego ;) Oto jak mi poszło...

poniedziałek, 8 września 2014

Chrupiące tofu + colesław

Czerwona kapusta - miałam na nią ochotę od kilku dni. Po poszukiwaniach przepisu idealnego (i odkryciu kilku naprawdę ciekawych propozycji) postawiłam na połączenie tofu i czerwonej kapusty znalezione w przywiezionym kilka lat temu przez Izkę czasopiśmie "Joy of Kosher". Połączenie, muszę dodać, bardzo udane :)




Jeśli wcześniej zamarynujecie tofu jego smak będzie bardziej intensywny. Jednak nawet tofu marynowane tylko 15 minut w połączeniu z pysznym i intensywnym colesławem zasmakuje nawet tym, którzy do tej pory kojarzyli je z mdłym smakiem.

środa, 3 września 2014

Kokosowy pudding chia z owocami

Jakiś czas temu na naszym fb linkowałam tę stronę (klik). W inspirujących i kolorowych koktajlach Nads najbardziej rzuciły mi się w oczy nasiona chia (szałwia hiszpańska). Niby niepozorne, ale z wielką mocą...




Od "pierwszego razu" stałam się chia-entuzjastką. Myślę, że niemal każdy, kto próbował puddingu chia mnie zrozumie. Taki pudding jest dobry i na śniadanie i na deser, a przy tym lekki, sycący i zdrowy. Jak go nie uwielbiać? ;)

wtorek, 2 września 2014

Kiszone pomidorki koktajlowe

Kiszone pomidorki koktajlowe to nowość w mojej kuchni. Pomysł podrzuciła mi mama, która w tym roku ma wyjątkowy, pomidorowy urodzaj. Krzaczki aż uginały się od daktylowych i koktajlowych pomidorków. Dobry sezon ;-D


Kiszone pomidorki mają zaskakujący smak - pierwsze słoiczki robiłam już miesiąc temu i dwa tygodnie temu dorobiłam jeszcze kilka, bo zasmakowały nie tylko mi. Sprawdzą się w kolorowych koreczkach lub lekko zapieczone, dodane do brytfanki z mięsem na koniec pieczenia. Wypróbujcie! ;)

poniedziałek, 1 września 2014

Patisony w occie

Pamiętam jak kilka lat temu mama zaczynała swoje ogrodowe przygody - poza skalniakiem, kwiatami i kawałkiem ładnego trawnika po raz pierwszy wygospodarowała miejsce dla ogórków, cukinii, koktajlowych pomidorków i... patisonów. Sama kupiłam jej pierwsze nasionka po drodze z internatu do domu. Dopiero później przyszedł czas na marchewki, buraczki i inne warzywa, które z czasem zepchnęły patisony na dalszy plan.




Patisony to było "coś" - urocze warzywa niczym małe statki ufo, najlepsze jak najmniejsze (choć czasem eksperymentalnie doprowadzane przez mamę do dużych rozmiarów), stały się naszym ulubionym dodatkiem do obiadów. Obecnie rzadko można je zobaczyć na targu, więc zawsze jak są to kupuję 1-2 kg, by zamknąć choć trochę w słoiczkach i otworzyć zimą. Przywołują fajne wspomnienia! ;)