Prawie dwa tygodnie temu, dzięki zaproszeniu Eli z toruńskich "Nowości" (jeszcze raz dziękujemy!;)), mogłyśmy poprowadzić warsztaty z dziećmi na plenerowej imprezie "Bajkowa Bydgoszcz". To było kilka naprawdę intensywnych godzin, ale satysfakcja z nich była niesamowita. Sześć grup, ponad trzydzieścioro małych uczestników i bardzo dużo ciekawości i radości.
Ponieważ tematem warsztatów było jedzenie z akcentami w postaci regionalnych produktów, to w warsztatowym planie musiało pojawić się coś z jabłkami i gruszkami w roli głównej czyli muffinki jabłkowo-gruszkowe z cynamonową nutą, które po upieczeniu dzieci mogły posmarować kajmakiem i udekorować posypkami i migdałami. Gdy muffinki się piekły przygotowywaliśmy burgery drobiowe, w których poza kotlecikiem i warzywami, główną rolę odgrywał też twarożek, który dzieci przygotowywały na bazie twarogu i jogurtu, z rzodkiewkami i koperkiem. Zwieńczeniem była pyszna surówka z kiszonej kapusty z jabłkiem, miodem, młodymi marchewkami i olejem rzepakowym. Było więc nie tylko lekko regionalnie, ale też całkiem zdrowo. Młodzi adepci sztuki kulinarnej wychodzili z warsztatów zadowoleni, a to dla nas najlepsza nagroda.
Jeśli chcecie zobaczyć naszą małą, kolorową fotorelację to kliknijcie poniżej :) Było mało czasu na zdjęcia, ale kilka ujęć udało nam się zrobić ;)
PS. Ponieważ obiecałyśmy kilku mamom przepis na burgerki z kurczaka dla dzieci, to przepis niedługo pojawi się na blogu. Zostańcie z nami ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miejsca/ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miejsca/ludzie. Pokaż wszystkie posty
piątek, 12 czerwca 2015
środa, 27 maja 2015
Warsztaty kuchni koreańskiej / Cook Up!
Ile wiecie o kuchni koreańskiej? Ja przyznaję, że niewiele. Znałam kimchi i na tym moja znajomość w zasadzie się kończyła. Ale z racji tego, że do odkrywania nowych smaków zawsze podchodzę z entuzjazmem, to warsztaty kuchni koreańskiej z Yeunsu Lee na Bielanach były dla mnie świetnym początkiem przygody z koreańskimi daniami o fantazyjnych nazwach i fantastycznych smakach :)
W kuchni koreańskiej - jak to w kuchniach azjatyckich - jest ostro, słono, słodko i kwaśno...
W kuchni koreańskiej - jak to w kuchniach azjatyckich - jest ostro, słono, słodko i kwaśno...
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Warsztaty sushi z Blue Dragon
Lubimy sushi, ale wciąż wydaje nam się, że to co o nim wiemy to tylko kropla w morzu... Dlatego z radością przyjęłyśmy zaproszenie na warsztaty sushi z Wilsonem Chungiem pod patronatem marki Blue Dragon. Plusy? Wiemy dużo więcej (a tą ugruntowaną wiedzą będziemy się z Wami dzielić już od jutra;)). Minusy? Od czwartku mamy permanentną chrapkę na sushi, która chyba długo nas nie opuści :D
Była historia, teoria i praktyka. Na tę trzecią oczywiście czekałyśmy najbardziej... :)
Była historia, teoria i praktyka. Na tę trzecią oczywiście czekałyśmy najbardziej... :)
środa, 28 sierpnia 2013
Festiwal Smaku w Grucznie 2013 - migawki
To już rytuał. Może się walić i palić, M. może być lekko kontuzjowany, a ja mogę mieć tyle pracy, że nie mogę się spod niej wykopać, ale do Gruczna musimy jechać. Ja próbuję nowych serów, M. kupuje kilka litrów miodu i olej lniany. Jemy coś dobrego (np. pyry z gzikiem) i zaopatrujemy się w kilka pyszności - nowe piwo Czarny Bez z browaru Amber, kozie sery z Kaszubskiej Kozy, kawałek owczego mazuriano z Rancho Frontiera, przyprawy, chleb, miodową polędwiczkę. Spotkamy fajnych ludzi, robiących to, co lubią i co także my lubimy... dobre jedzenie.
Chociaż z roku na rok wydaje nam się, że ludzi jest więcej i coraz trudniej zaparkować, to mimo to twierdzimy, że warto wybrać się do Gruczna. Kto raz był - tego nie trzeba przekonywać. Kto jeszcze nie był - niech za rok wpisze sobie ten jeden z sierpniowych weekendów w grafik i przyjedzie w Dolinę Dolnej Wisły, by zjeść i wypić coś dobrego. I oczywiście zabrać ze sobą trochę zapasów na długie jesienne i zimowe wieczory :)
Chociaż z roku na rok wydaje nam się, że ludzi jest więcej i coraz trudniej zaparkować, to mimo to twierdzimy, że warto wybrać się do Gruczna. Kto raz był - tego nie trzeba przekonywać. Kto jeszcze nie był - niech za rok wpisze sobie ten jeden z sierpniowych weekendów w grafik i przyjedzie w Dolinę Dolnej Wisły, by zjeść i wypić coś dobrego. I oczywiście zabrać ze sobą trochę zapasów na długie jesienne i zimowe wieczory :)
wtorek, 27 sierpnia 2013
Redberry w Toruniu + konkurs!
Kilka lat temu, przywożąc ze Stanów masę kulinarnych gadżetów i smakowych wspomnień, Izka opowiedziała o "jogurteriach", które odwiedziła. Stwierdziła wtedy, że brakuje takich punktów w naszym mieście.
Zmieniło się ok. dwa tygodnie temu, bo w toruńskiej Plazie swój punkt otworzyła firma Redberry. Zostałyśmy zaproszone na degustację jogurtowych i owocowych przekąsek i mile zaskoczyłyśmy się ciepłym przyjęciem i mocą smakowych możliwości.
Zmieniło się ok. dwa tygodnie temu, bo w toruńskiej Plazie swój punkt otworzyła firma Redberry. Zostałyśmy zaproszone na degustację jogurtowych i owocowych przekąsek i mile zaskoczyłyśmy się ciepłym przyjęciem i mocą smakowych możliwości.
czwartek, 27 czerwca 2013
Warsztaty z Paletą Smaku
Za nami są już trzecie warsztaty w ramach Wolnej Soboty w CSW w Toruniu. Gdy na zebraniu inicjującym to wydarzenie pojawiła się myśl, by wpleść w program warsztaty kulinarne było wiadomo, że nie będzie łatwo, bo nie dysponujemy zbyt dużą infrastrukturą... Wiedziałyśmy jednak, że nasze umiejętności chętnie przekażemy innym. Dlatego zdecydowałyśmy się realizować naszą własną, warsztatową przygodę, chociaż także my musimy się jeszcze wiele nauczyć :)
Wolna Sobota to inicjatywa kobiet dla kobiet - wraz z kilkoma koleżankami pracującymi w CSW w Toruniu chciałyśmy zrobić coś na Dzień Kobiet. Pomysłów było tak dużo, że stwierdziłyśmy, że warto zrobić z tego cykl... i tak pierwsza Wolna Sobota była o blogowaniu - wzięłam wtedy udział w panelu dyskusyjnym. Następne tematy to moda, odpoczywanie i podróżowanie... Doszłyśmy do takiego etapu, że mamy kilka stałych punktów programu: warsztaty, kreatywne oprowadzanie po wystawach, dyskusja z udziałem zaproszonych gości i darmowy seans w kinie. Wszystko po to by kobiety (przede wszystkim... panowie oczywiście też są mile widziani:-)) mogły spędzić miły i kreatywny czas w oderwaniu od codziennych obowiązków.
![]() |
| Fragmenty plakatów Olgi Szczechowskiej |
Chciałyśmy Wam opowiedzieć o warsztatach, pokazać trochę zdjęć i tym samym zachęcić do udziału w następnych - po prawdopodobnej, wakacyjnej przerwie planujemy kolejne edycje :)
wtorek, 11 czerwca 2013
Śniadanie na trawie - Toruń
Żyjemy, mamy się w miarę dobrze i chociaż jeszcze w tym miesiącu czeka nas trochę pracy, o której wkrótce opowiemy, to zaczynamy nadrabiać spore, blogowe zaległości - relacje będą się przeplatać z przepisami i mamy nadzieję, że niczego nie ominiemy :)
Jest takie wydarzenie w Toruniu, które bardzo, bardzo lubimy, a które odbyło się w sobotę kilka dni temu. Zawsze - o ile pogoda dopisuje - staje się ono świetną okazją, żeby wziąć ze sobą koc i spotkać się z przyjaciółmi w samym centrum miasta. Śniadanie na trawie to inicjatywa Pracowni Zrównoważonego Rozwoju (w tym roku w partnerstwie z Urzędem Marszałkowskim Województwa Kujawsko-Pomorskiego) - tym roku trawa została rozłożona po raz szósty. Poza okazją do odpoczynku i piknikowania, Śniadanie na trawie jest także sposobem na promowanie wiedzy o ekologii i przyrodzie.
Swoje stoiska rozłożyły m.in.: Stowarzyszenie Sztuka Cię Szuka (warsztaty "Zjadliwe kolory" - na najbardziej kolorowych zdjęciach poniżej), Pokarm życia, Marwit i Nestle, a także Szkoła Jogi z Podmurnej, do której chodzę. Były koncerty, konkursy, warsztaty i pokazy (np. capoeiry). Wszystko w rodzinnym klimacie.
To kilka zdjęć, którymi chciałyśmy się z Wami podzielić. Choć zabrałyśmy ze sobą tylko melona w pudełeczku (na drugie śniadanie), to już wiemy, że w przyszłym roku to pudełeczko zamieni się w duży kosz piknikowy, wypełniony dobrymi rzeczami :)
Do zobaczeniu na śniadaniu na trawie w przyszłym roku!
Jest takie wydarzenie w Toruniu, które bardzo, bardzo lubimy, a które odbyło się w sobotę kilka dni temu. Zawsze - o ile pogoda dopisuje - staje się ono świetną okazją, żeby wziąć ze sobą koc i spotkać się z przyjaciółmi w samym centrum miasta. Śniadanie na trawie to inicjatywa Pracowni Zrównoważonego Rozwoju (w tym roku w partnerstwie z Urzędem Marszałkowskim Województwa Kujawsko-Pomorskiego) - tym roku trawa została rozłożona po raz szósty. Poza okazją do odpoczynku i piknikowania, Śniadanie na trawie jest także sposobem na promowanie wiedzy o ekologii i przyrodzie.
![]() |
| Fot. Rafał Jara |
Swoje stoiska rozłożyły m.in.: Stowarzyszenie Sztuka Cię Szuka (warsztaty "Zjadliwe kolory" - na najbardziej kolorowych zdjęciach poniżej), Pokarm życia, Marwit i Nestle, a także Szkoła Jogi z Podmurnej, do której chodzę. Były koncerty, konkursy, warsztaty i pokazy (np. capoeiry). Wszystko w rodzinnym klimacie.
To kilka zdjęć, którymi chciałyśmy się z Wami podzielić. Choć zabrałyśmy ze sobą tylko melona w pudełeczku (na drugie śniadanie), to już wiemy, że w przyszłym roku to pudełeczko zamieni się w duży kosz piknikowy, wypełniony dobrymi rzeczami :)
Do zobaczeniu na śniadaniu na trawie w przyszłym roku!
poniedziałek, 6 maja 2013
Warsztaty Knife Skills / Cook Up!
Umiecie posługiwać się nożem? Ja skroiłam w swoim życiu już wiele rzeczy... bywały wypadki i niesforne nacięcia. I notorycznie nierówne kawałki. Nie lubiłyśmy się z krojeniem w julienne i drobną kosteczkę do sałatki jarzynowej. Z krojeniem cebuli wręcz się nienawidziłyśmy... Do tego doszedł fakt, że niedawno Izka z aurą doświadczenia stwierdziła, że kroję beznadziejnie... więc nadeszła pora, żeby to zmienić :)
Knife Skills - techniki posługiwania się nożem - takie warsztaty mniej więcej raz w miesiącu odbywają się w Studio Cook Up w Warszawie na Racławickiej 99 (w Forcie Mokotów). Prowadzi je sympatyczny szef kuchni Sinnet Club w Warszawie pan Paweł Kibart. Z licznych warsztatów proponowanych przez Cook Up wybrałam właśnie te - bo krojenia trudno nauczyć się z internetowych filmików. Po prostu trzeba praktykować!
niedziela, 21 kwietnia 2013
Toruń za pół ceny / migawki
Od tego roku dwa razy - wiosną i jesienią - nasze miasto zaprasza na akcję "Toruń za pół ceny". Hotele, punkty usługowe i przede wszystkim kluby i restauracje od 19 do 21 kwietnia kusiły o połowę niższymi cenami - na całość lub część asortymentu. Aż żal nie skorzystać :)
To komórkowe migawki z miejsc, w których odwiedziłam w tym roku - absolutnie nie zawiodłam się na Koi Sushi, w którym byłam już z Izką w zeszłorocznej edycji tej akcji. Zaskoczyła mnie też Luizjana, która "zasłynęła" w Toruniu z fajnych burgerów, a w promocji zaserwowała pyszne mule :)
Od góry - Luizjana (ul. Mostowa 10) - krem pomidorowy z bazylią (w ramach akcji 4 zł) i mule w sosie blue cheese (18 zł).
Niżej - Kefirek Bistro (Szeroka 26-28) - latte (nie za pół ceny), spaghetti bolognese (9 zł), sałatka (która była potrawką) z kurczakiem po azjatycku (9,50 zł).
Lenkiewicz (ogródek przy Rynku Staromiejskim) - gałka lodów słony karmel (nie za pół ceny - 3,50 zł).
Koi Sushi (Małe Garbary 19) - w promocji nie były napoje i dania ciepłe, więc: herbata wiśniowa - duży dzbanek (14 zł), gyoza no sumimono (15 zł), za pół ceny - duża deska sushi - wspaniała inwencja sushi mastera :) (70 zł).
To komórkowe migawki z miejsc, w których odwiedziłam w tym roku - absolutnie nie zawiodłam się na Koi Sushi, w którym byłam już z Izką w zeszłorocznej edycji tej akcji. Zaskoczyła mnie też Luizjana, która "zasłynęła" w Toruniu z fajnych burgerów, a w promocji zaserwowała pyszne mule :)
Od góry - Luizjana (ul. Mostowa 10) - krem pomidorowy z bazylią (w ramach akcji 4 zł) i mule w sosie blue cheese (18 zł).
Niżej - Kefirek Bistro (Szeroka 26-28) - latte (nie za pół ceny), spaghetti bolognese (9 zł), sałatka (która była potrawką) z kurczakiem po azjatycku (9,50 zł).
Lenkiewicz (ogródek przy Rynku Staromiejskim) - gałka lodów słony karmel (nie za pół ceny - 3,50 zł).
Koi Sushi (Małe Garbary 19) - w promocji nie były napoje i dania ciepłe, więc: herbata wiśniowa - duży dzbanek (14 zł), gyoza no sumimono (15 zł), za pół ceny - duża deska sushi - wspaniała inwencja sushi mastera :) (70 zł).
poniedziałek, 18 lutego 2013
Opalany tort kawowy
Opalany, tudzież "płonący" tort powoli staje się moją specjalnością. I wydaje mi się, że szczególne okazje - jak np. chrzty już nie mogę się bez niego odbyć... Wygląda cudownie, wręcz popisowo i chociaż nie jest najłatwiejszy to jego przygotowywanie sprawia mi mnóstwo radości i każdorazowo jest wyzwaniem. Zmieniam biszkopty, kremy i nasączenia... stała jest tylko zewnętrzna warstwa - opalona beza szwajcarska.
Robiłam już tort chałwowy - z kakaowym biszkoptem i mocno chałwowym i słodkim kremem. Robiłam w ten sposób tort korzenny z kakaowym biszkoptem z piernikową nutą, powidłami z czekoladą i aromatycznym, cynamonowym kremem (oba są w kolażu powyżej). A w sobotę i niedzielę zrobiłam tort kawowy i dzielę się przepisem, który jest wypadkową różnych, sprawdzonych receptur.
Pomysł na opalany tort zaczerpnęłam od Agi (Pretty Baked) - pierwszy tort chałwowy niemal w 100 % był robiony wg jej przepisu (od siebie wtedy dodałam tylko łyżeczkę proszku do pieczenia i łyżkę mąki ziemniaczanej do biszkoptu - dla pewności, chociaż nie było to potrzebne:)). I od niej w tym przepisie pochodzi sposób na bezę szwajcarską. Przeliczony przepis na biszkopt pochodzi od Doroty - jest idealny, puszysty i rzeczywiście nie opada dzięki patentowi z "rzucaniem", który już od jakiegoś czasu stosuję.
Krem ma niezawodną bazę, którą lubię i często stosuję do tortów i ciast owocowych - czyli pół na pół: mascarpone i bita śmietana (z kremówki). Można w podobny sposób przygotować wiele innych kremów - cynamonowy, waniliowy, czekoladowy. Tym razem postawiłam na smak kawowy - intensywny, niezbyt słodki, bardzo, bardzo dobry. Tort niemal w całości zniknął w ciągu kilkunastu minut. Czy może być lepsza rekomendacja? :)
To jeden z dłuższych przepisów, jakie kiedykolwiek pisałam - mam nadzieję, że ilość wskazówek pomoże Wam w upieczeniu pierwszego, opalanego tortu.
PS. A tort został upieczony dla Juliana - mojego chrześniaka :)
Robiłam już tort chałwowy - z kakaowym biszkoptem i mocno chałwowym i słodkim kremem. Robiłam w ten sposób tort korzenny z kakaowym biszkoptem z piernikową nutą, powidłami z czekoladą i aromatycznym, cynamonowym kremem (oba są w kolażu powyżej). A w sobotę i niedzielę zrobiłam tort kawowy i dzielę się przepisem, który jest wypadkową różnych, sprawdzonych receptur.
Pomysł na opalany tort zaczerpnęłam od Agi (Pretty Baked) - pierwszy tort chałwowy niemal w 100 % był robiony wg jej przepisu (od siebie wtedy dodałam tylko łyżeczkę proszku do pieczenia i łyżkę mąki ziemniaczanej do biszkoptu - dla pewności, chociaż nie było to potrzebne:)). I od niej w tym przepisie pochodzi sposób na bezę szwajcarską. Przeliczony przepis na biszkopt pochodzi od Doroty - jest idealny, puszysty i rzeczywiście nie opada dzięki patentowi z "rzucaniem", który już od jakiegoś czasu stosuję.
Krem ma niezawodną bazę, którą lubię i często stosuję do tortów i ciast owocowych - czyli pół na pół: mascarpone i bita śmietana (z kremówki). Można w podobny sposób przygotować wiele innych kremów - cynamonowy, waniliowy, czekoladowy. Tym razem postawiłam na smak kawowy - intensywny, niezbyt słodki, bardzo, bardzo dobry. Tort niemal w całości zniknął w ciągu kilkunastu minut. Czy może być lepsza rekomendacja? :)
To jeden z dłuższych przepisów, jakie kiedykolwiek pisałam - mam nadzieję, że ilość wskazówek pomoże Wam w upieczeniu pierwszego, opalanego tortu.
PS. A tort został upieczony dla Juliana - mojego chrześniaka :)
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Warsztaty w Makro z Kurtem Schellerem
Pobudka o 5:00 rano kojarzy mi się już właściwie tylko z wyjazdem na warsztaty. Perspektywa, że najprawdopodobniej nauczę się czegoś nowego to tak naprawdę jedyna motywacja dla "sowy", która o tej godzinie jest zazwyczaj w połowie smacznego snu. Nawet wtedy, gdy trzeba pokonać drogę z Torunia do Warszawy publicznymi środkami komunikacji i robić wszystko, by się nie spóźnić. Taksówka, autobus, metro, autobus... mimo gołoledzi bezpiecznie trafiłam do Makro, by nauczyć się i spróbować czegoś nowego. Tym razem wiedzą dzielił się z nami Kurt Scheller, który swoim poczuciem humoru jak zwykle wprowadzał ciepłą atmosferę. Temat warsztatów: świąteczne dania z różnych stron świata.
Miałam przyjemność gotować przy jednym stanowisku z Edytą (Blog Madame Edith), z którą od czasu do czasu widzimy się na różnych warsztatach - i której serdecznie dziękuję za miłe towarzystwo. Tempo było zawrotne, nie mieliśmy ściąg w postaci przepisów, trzeba było pilnie słuchać Kurta, który momentami zaskakiwał nas poleceniami typu "pokroić mąkę" :) Pomocą służyli też związani z Makro panowie Grzegorz Kazubski i Piotr Kraśkiewicz, który prowadzą tam szkolenia na co dzień.
Warsztaty z Kurtem to szkoła skupienia. Rozpoczynamy kilka potraw jednocześnie, by w odpowiednim momencie je wykończyć - wszystko ma być gotowe do podania na czas... czyli za ok. 4 godziny. Taka sztuka, którą próbują opanować wszyscy, którym zdarza się przygotowywać proszone kolacje (czyli również ja:)). Przygotowanie poszczególnych dań przeplata się ze sobą tak, że nie zauważamy, że te godziny mijają.
Najwięcej czasu wymagał trifle - deser z winnej galaretki z sokiem pomarańczowym i brandy z zatopionymi biszkoptami, kremem budyniowym i bitą śmietaną... Prezentował się pysznie, a najlepszą warstwą z trzech był budyń, czyli krem jajeczno-mleczny, aromatyzowany skórką pomarańczową, który podjadałyśmy, gdy pozostałe części już zastygały w lodówce. Budyń koniecznie muszę powtórzyć w domowych warunkach.
Sporo zabawy było z grzybowym sufletem - z pieczarkami i grzybami leśnymi (który jak to suflet szybko po wyjęciu z piekarnika opadł). Suflet w takiej postaci to całkiem dobre danie na śniadanie... które ktoś przynosi do łóżka. Mógłby nawet opaść, ale doceniłabym wysiłek włożony w ubijanie białek - i całość przygotowania :)
Dużo czasu wymagał schab - najpierw obsmażony, a następnie pieczony przez ponad godzinę w temp. 90 stopni, do którego podane było puree ziemniaczane z gorczycą i gotowane z cynamonem i anyżem gruszki (notabene obłędnie pyszne).
Szafranowe risotto zaczęliśmy niemal na początku, by je wykończyć wtedy, gdy gotowy będzie filet z pstrąga w winie. Połączenie pstrąga i risotto, podane w formie "sandwicha" z odrobiną sosu balsamicznego było naprawdę doskonałe (a może to moja ostatnia miłość do ryb tutaj przemawia:)).
Fascynujące jak szybko upłynął ten czas - na gotowaniu, jedzeniu i rozmowach. Zapomniałam nawet o tym, że na zewnątrz było mokro i szaro. Dobre jedzenie i miłe towarzystwo po prostu poprawia samopoczucie.
Bardzo dziękuję Makro za możliwość wzięcia udziału w tych warsztatach - było bardzo sympatycznie i całkiem smacznie :)
To wszyscy uczestnicy warsztatów (za zdjęcie dziękuję organizatorom)
Miałam przyjemność gotować przy jednym stanowisku z Edytą (Blog Madame Edith), z którą od czasu do czasu widzimy się na różnych warsztatach - i której serdecznie dziękuję za miłe towarzystwo. Tempo było zawrotne, nie mieliśmy ściąg w postaci przepisów, trzeba było pilnie słuchać Kurta, który momentami zaskakiwał nas poleceniami typu "pokroić mąkę" :) Pomocą służyli też związani z Makro panowie Grzegorz Kazubski i Piotr Kraśkiewicz, który prowadzą tam szkolenia na co dzień.
Warsztaty z Kurtem to szkoła skupienia. Rozpoczynamy kilka potraw jednocześnie, by w odpowiednim momencie je wykończyć - wszystko ma być gotowe do podania na czas... czyli za ok. 4 godziny. Taka sztuka, którą próbują opanować wszyscy, którym zdarza się przygotowywać proszone kolacje (czyli również ja:)). Przygotowanie poszczególnych dań przeplata się ze sobą tak, że nie zauważamy, że te godziny mijają.
Najwięcej czasu wymagał trifle - deser z winnej galaretki z sokiem pomarańczowym i brandy z zatopionymi biszkoptami, kremem budyniowym i bitą śmietaną... Prezentował się pysznie, a najlepszą warstwą z trzech był budyń, czyli krem jajeczno-mleczny, aromatyzowany skórką pomarańczową, który podjadałyśmy, gdy pozostałe części już zastygały w lodówce. Budyń koniecznie muszę powtórzyć w domowych warunkach.
Sporo zabawy było z grzybowym sufletem - z pieczarkami i grzybami leśnymi (który jak to suflet szybko po wyjęciu z piekarnika opadł). Suflet w takiej postaci to całkiem dobre danie na śniadanie... które ktoś przynosi do łóżka. Mógłby nawet opaść, ale doceniłabym wysiłek włożony w ubijanie białek - i całość przygotowania :)
Dużo czasu wymagał schab - najpierw obsmażony, a następnie pieczony przez ponad godzinę w temp. 90 stopni, do którego podane było puree ziemniaczane z gorczycą i gotowane z cynamonem i anyżem gruszki (notabene obłędnie pyszne).
Szafranowe risotto zaczęliśmy niemal na początku, by je wykończyć wtedy, gdy gotowy będzie filet z pstrąga w winie. Połączenie pstrąga i risotto, podane w formie "sandwicha" z odrobiną sosu balsamicznego było naprawdę doskonałe (a może to moja ostatnia miłość do ryb tutaj przemawia:)).
Fascynujące jak szybko upłynął ten czas - na gotowaniu, jedzeniu i rozmowach. Zapomniałam nawet o tym, że na zewnątrz było mokro i szaro. Dobre jedzenie i miłe towarzystwo po prostu poprawia samopoczucie.
Bardzo dziękuję Makro za możliwość wzięcia udziału w tych warsztatach - było bardzo sympatycznie i całkiem smacznie :)
To wszyscy uczestnicy warsztatów (za zdjęcie dziękuję organizatorom)
środa, 12 grudnia 2012
Paleta Smaku_Menu
Kilka dni intensywnej pracy, wymyślania, przygotowywania, gotowania i pieczenia. Szybka akcja rozkładania, identyfikowania zdjęć, przyklejania podpisów. Dużo radości, sporo stresu i w końcu ulga... że wszystko się udało, że jest tak jak powinno i że smakuje (nawet bardzo). Są pytania o namiary na bloga, o plany otworzenia restauracji i o wegańskie wypieki. Jest losowanie nagrody specjalnej w formie naszej kulinarnej "usługi".
O planach wystawy zaczęłyśmy rozmawiać w październiku. Pokazywać nasze kolorowe zdjęcia potraw, nie podając niczego do stołu? Trochę okrutne... Najlepiej by było nakarmić gości, podarować im trochę znanych i trochę nowych smaków. To powinna być uczta! Z przepisami na wynos i kolorami w białej, kameralnej sali w Kulturhauzie. Chciałyśmy ją jeszcze rozświetlić żarówkami fotograficznymi o barwie przypominającej światło słoneczne, żeby to wszystko trochę ożywić. To również się udało. 80 zdjęć pojawiło się na ścianach, a na przykrytym białym obrusem stole - 12 potraw.
Najwięcej do rozważania miałyśmy podczas układania menu. Grudzień, mróz, zakończenie projektu Gastrorakieta, który trwał cały rok... musi być tort, ale co jeszcze? Coś rozgrzewającego, słodkiego, zimowego, coś dla wegan i wegetarian - zaczęłyśmy wypisywać nasze pomysły i w paletowym menu zrobiło się lekko świąteczne. Czemu nie? Oto efekty:
1. Barszcz / wywar warzywny / wegański
2. Krokiety z kapustą, pieczarkami i suszonymi grzybami leśnymi / wegetariańskie
3. Pasztet grzybowy – z pieczarek i grzybów leśnych + pieczywo / wegański
4. Śledź marynowany z oliwą, marynowanymi pieczarkami, koperkiem i ogórkiem
5. Śledź marynowany w sosie pomidorowym z papryką, rodzynkami i cebulką
6. Bliny pszenne z łososiem wędzonym lub kawiorem + serek koperkowy
7. Sałatka z pieczonych buraczków z orzechami włoskimi i majonezem / wegetariańska
8. Sałatka z brokułów z migdałami i żurawiną / wegańska
9. Tymbalki (galaretki) z nototenią i warzywami + mus chrzanowy
10. Jabłkowe crumble z rodzynkami / wegetariańskie
11. Muffiny: piernikowe z lukrem i kandyzowaną pomarańczą, makowo-kawowe z lukrem kawowym lub cukrem pudrem i orzechem włoskim / wegetariańskie
12. Tort „płonący” z kakaowym biszkoptem nasączonym rumem, przełożony powidłami z czekoladą i kremem cynamonowym / wegetariański
Większość z tych przysmaków nie doczekała się portretu - przygotowywanie było co do minuty wyliczone - tak, by wszystko było jak najświeższe... Jeśli któreś z tych dań szczególnie Wam się spodobało to dajcie znać - w miarę możliwości powtórzymy i wrzucimy przepis :)
O planach wystawy zaczęłyśmy rozmawiać w październiku. Pokazywać nasze kolorowe zdjęcia potraw, nie podając niczego do stołu? Trochę okrutne... Najlepiej by było nakarmić gości, podarować im trochę znanych i trochę nowych smaków. To powinna być uczta! Z przepisami na wynos i kolorami w białej, kameralnej sali w Kulturhauzie. Chciałyśmy ją jeszcze rozświetlić żarówkami fotograficznymi o barwie przypominającej światło słoneczne, żeby to wszystko trochę ożywić. To również się udało. 80 zdjęć pojawiło się na ścianach, a na przykrytym białym obrusem stole - 12 potraw.
Najwięcej do rozważania miałyśmy podczas układania menu. Grudzień, mróz, zakończenie projektu Gastrorakieta, który trwał cały rok... musi być tort, ale co jeszcze? Coś rozgrzewającego, słodkiego, zimowego, coś dla wegan i wegetarian - zaczęłyśmy wypisywać nasze pomysły i w paletowym menu zrobiło się lekko świąteczne. Czemu nie? Oto efekty:
1. Barszcz / wywar warzywny / wegański
2. Krokiety z kapustą, pieczarkami i suszonymi grzybami leśnymi / wegetariańskie
3. Pasztet grzybowy – z pieczarek i grzybów leśnych + pieczywo / wegański
4. Śledź marynowany z oliwą, marynowanymi pieczarkami, koperkiem i ogórkiem
5. Śledź marynowany w sosie pomidorowym z papryką, rodzynkami i cebulką
6. Bliny pszenne z łososiem wędzonym lub kawiorem + serek koperkowy
7. Sałatka z pieczonych buraczków z orzechami włoskimi i majonezem / wegetariańska
8. Sałatka z brokułów z migdałami i żurawiną / wegańska
9. Tymbalki (galaretki) z nototenią i warzywami + mus chrzanowy
10. Jabłkowe crumble z rodzynkami / wegetariańskie
11. Muffiny: piernikowe z lukrem i kandyzowaną pomarańczą, makowo-kawowe z lukrem kawowym lub cukrem pudrem i orzechem włoskim / wegetariańskie
12. Tort „płonący” z kakaowym biszkoptem nasączonym rumem, przełożony powidłami z czekoladą i kremem cynamonowym / wegetariański
czwartek, 6 grudnia 2012
Wystawa naszych zdjęć!
W niedzielę zapraszamy do Torunia na... wystawę naszych zdjęć na zakończenie projektu Gastrorakieta! Tutaj tekst o wystawie i atrakcjach jej towarzyszących... a my uciekamy, by się przygotować (w międzyczasie na blogu będzie jeszcze coś pysznego ;)).
Nie od dzisiaj wiadomo, że jedzenie zaczyna się od... patrzenia. Szefowie kuchni prześcigają się w prezentacji potraw, by jak najbardziej przyciągnąć wzrok, a ich kompozycje stają się małymi dziełami sztuki. Powstają mozolnie, z dbałością o szczegóły i wykorzystaniem coraz bardziej nowatorskich środków. Również na domowych stołach rozgrywają się małe rewolucje - są powroty do kulinarnych korzeni i kuchenne podróże do różnych stron świata. Dzięki temu na talerzach jest coraz barwniej i zdrowo.
Fragment takich kolorowych i smacznych poszukiwań będziecie mogli zobaczyć (i spróbować!) na wystawie Paleta Smaku_Menu. Dwie siostry, które od dwóch lat prowadzą kulinarnego bloga Paleta Smaku, pokażą na zdjęciach pyszne przystawki, zupy, dania główne i desery, prezentując tym samym barwne Menu swojej domowej restauracji. W dniu wernisażu wystawie będzie towarzyszył suto zastawiony stół z pysznymi przekąskami na zakończenie projektu Gastrorakieta. Będzie smacznie, więc zapraszamy!
Gdzie: Kulturhauz, ul. Poniatowskiego 5/2, Toruń
Start: 9 grudnia, godz. 18:00
Wstęp wolny!
Uwaga! Kupując "pyszny los" będzie można wziąć udział w losowaniu nagrody specjalnej - siostry z Palety Smaku upieką lub ugotują Wam to, o czym tylko zamarzycie: "płonący" tort na urodziny babci lub zestaw przepysznych muffinek, boeuf bourguignon lub spaghetti alla marinara - zwycięzca będzie miał wiele możliwości! Losowanie o 20:00!
Nie od dzisiaj wiadomo, że jedzenie zaczyna się od... patrzenia. Szefowie kuchni prześcigają się w prezentacji potraw, by jak najbardziej przyciągnąć wzrok, a ich kompozycje stają się małymi dziełami sztuki. Powstają mozolnie, z dbałością o szczegóły i wykorzystaniem coraz bardziej nowatorskich środków. Również na domowych stołach rozgrywają się małe rewolucje - są powroty do kulinarnych korzeni i kuchenne podróże do różnych stron świata. Dzięki temu na talerzach jest coraz barwniej i zdrowo.
Fragment takich kolorowych i smacznych poszukiwań będziecie mogli zobaczyć (i spróbować!) na wystawie Paleta Smaku_Menu. Dwie siostry, które od dwóch lat prowadzą kulinarnego bloga Paleta Smaku, pokażą na zdjęciach pyszne przystawki, zupy, dania główne i desery, prezentując tym samym barwne Menu swojej domowej restauracji. W dniu wernisażu wystawie będzie towarzyszył suto zastawiony stół z pysznymi przekąskami na zakończenie projektu Gastrorakieta. Będzie smacznie, więc zapraszamy!
Gdzie: Kulturhauz, ul. Poniatowskiego 5/2, Toruń
Start: 9 grudnia, godz. 18:00
Wstęp wolny!
Uwaga! Kupując "pyszny los" będzie można wziąć udział w losowaniu nagrody specjalnej - siostry z Palety Smaku upieką lub ugotują Wam to, o czym tylko zamarzycie: "płonący" tort na urodziny babci lub zestaw przepysznych muffinek, boeuf bourguignon lub spaghetti alla marinara - zwycięzca będzie miał wiele możliwości! Losowanie o 20:00!
piątek, 23 listopada 2012
Dzieje się!
Na przełomie listopada i grudnia odbędą się dwa wydarzenia, na które chciałybyśmy Was serdecznie zaprosić. Po pierwsze - 30 listopada otwiera się w Toruniu nowa przestrzeń dla kultury - Kulturhauz, którą własnymi rękoma wyremontowali członkowie Stowarzyszenia Sztuka Cię Szuka i Fundacji Fabryka Utu. Na otwarciu będzie koncert, prezentacja dwóch projektów i... pyszny i kolorowy poczęstunek od nas :)
Gdzie i kiedy: Toruń, ul. Poniatowskiego 5/2, godz. 19:00. Wstęp wolny, ale impreza jest benefitowa więc zabierzcie drobne na "artefakty" i nie tylko :)
Więcej : wydarzenie na facebooku
Po drugie - 9 grudnia w tej samej przestrzeni będziemy mogły zaprezentować swoje zdjęcia i dać Wam trochę więcej do spróbowania na wystawie Paleta Smaku - Menu. Będzie tort na zakończenie projektu Gastrorakieta, będą przepisy do zabrania i kilka smacznych niespodzianek. Na tę okoliczność warto nawet na chwilę wpaść do Torunia :) Szczegóły już wkrótce :)
Zapraszamy!
Gdzie i kiedy: Toruń, ul. Poniatowskiego 5/2, godz. 19:00. Wstęp wolny, ale impreza jest benefitowa więc zabierzcie drobne na "artefakty" i nie tylko :)
Więcej : wydarzenie na facebooku
Po drugie - 9 grudnia w tej samej przestrzeni będziemy mogły zaprezentować swoje zdjęcia i dać Wam trochę więcej do spróbowania na wystawie Paleta Smaku - Menu. Będzie tort na zakończenie projektu Gastrorakieta, będą przepisy do zabrania i kilka smacznych niespodzianek. Na tę okoliczność warto nawet na chwilę wpaść do Torunia :) Szczegóły już wkrótce :)
Zapraszamy!
czwartek, 30 sierpnia 2012
Festiwal Smaku w Grucznie 2012 - migawki
Gruczno. Żeby mu się lepiej przyjrzeć warto pojechać w innym niż festiwalowym czasie, posłuchać bzyczących pszczół i odpocząć na łonie natury.
W czasie festiwalowym ludzi jest bardzo dużo, atmosfera zupełnie inna - pachnie chlebem, wędzonymi mięsami, jest trochę za głośno, ale bardzo wesoło. I upalnie - już trzeci rok z rzędu. Najdłuższe kolejki prowadzą do naturalnych lodów z Koronowa, piwa z browaru Amber i napojów - tłoczonych soków i fantastycznego napoju na bazie syropu z kwiatów czarnego bzu od pana Hieronima Błażejaka (z lodem, który był na wagę złota;)). Uwielbiam tam jeździć - próbować serów i miodów, wybierać chleb i nalewki. To jest po prostu święto dla wszystkich, którzy uwielbiają jeść tradycyjne i naturalne pyszności... raz w roku, w niepowtarzalnym klimacie Gruczna.
Ulubione miejsce? Alejka serów - im więcej mam gotówki tym więcej kupuję... Rancho Frontiera, Kozie Łomnickie, Osada Burego Misia, Sery Grądzkie od pana Marka itd. Można tam wydać majątek.
W tym roku do mojego peletonu smaków dołączył także chleb serwatkowy - delikatny i wyjątkowy oraz zaskakująco pyszna polędwiczka miodowa od J.M. Spychalskich. Takie rarytasy trudno tak po prostu kupić, więc w przyszłym roku koniecznie zaplanujcie sobie podróż na prawdziwe święto smakoszy - do Gruczna.
Oto kilka tegorocznych migawek:
Można było zobaczyć takie uśmiechnięte twarze :) W tym roku pod namiotem dzieci mogły wziąć udział w ciekawych warsztatach - m.in. z tym panem.
Moja ulubiona alejka... Zdjęć mało, dużo próbowania. Znów nie kupiłam koziej chałwy (skończyła się). Pan Rusłan z Rancha Frontiera jak co roku uśmiechnięty :) Bardzo bardzo lubię to stoisko.
Chleby na liściach chrzanu, wielkie bochny zakwasowców i serwatkowy chleb, o którym już wspominałam... i jak tu zrezygnować z tak dobrego pieczywa? :)
Nalewki od pana Hieronima Błażejaka to klasa sama w sobie. Jeśli będziecie mieć okazję kiedykolwiek ich spróbować to polecam (chociaż bywają mocne:)). My uwielbiamy np. nalewkę z kwiatów czarnego bzu.
Oto polędwiczki miodowe - po powrocie żałowałyśmy, że nie kupiłyśmy więcej :)
Izka upodobała sobie również takie stworzenia do fotografowania... :)
I ja - chłodzę się napojem z kwiatów czarnego bzu z miętą i lodem (podwójnym:))
O tym kto w tym roku zdobył nagrody możecie się dowiedzieć np. z bloga Artura.
Małgosi dziękuję za miłe spotkanie i "współprelekcję" na śniadaniu prasowym :)
W czasie festiwalowym ludzi jest bardzo dużo, atmosfera zupełnie inna - pachnie chlebem, wędzonymi mięsami, jest trochę za głośno, ale bardzo wesoło. I upalnie - już trzeci rok z rzędu. Najdłuższe kolejki prowadzą do naturalnych lodów z Koronowa, piwa z browaru Amber i napojów - tłoczonych soków i fantastycznego napoju na bazie syropu z kwiatów czarnego bzu od pana Hieronima Błażejaka (z lodem, który był na wagę złota;)). Uwielbiam tam jeździć - próbować serów i miodów, wybierać chleb i nalewki. To jest po prostu święto dla wszystkich, którzy uwielbiają jeść tradycyjne i naturalne pyszności... raz w roku, w niepowtarzalnym klimacie Gruczna.
Ulubione miejsce? Alejka serów - im więcej mam gotówki tym więcej kupuję... Rancho Frontiera, Kozie Łomnickie, Osada Burego Misia, Sery Grądzkie od pana Marka itd. Można tam wydać majątek.
W tym roku do mojego peletonu smaków dołączył także chleb serwatkowy - delikatny i wyjątkowy oraz zaskakująco pyszna polędwiczka miodowa od J.M. Spychalskich. Takie rarytasy trudno tak po prostu kupić, więc w przyszłym roku koniecznie zaplanujcie sobie podróż na prawdziwe święto smakoszy - do Gruczna.
Oto kilka tegorocznych migawek:
Można było zobaczyć takie uśmiechnięte twarze :) W tym roku pod namiotem dzieci mogły wziąć udział w ciekawych warsztatach - m.in. z tym panem.
Moja ulubiona alejka... Zdjęć mało, dużo próbowania. Znów nie kupiłam koziej chałwy (skończyła się). Pan Rusłan z Rancha Frontiera jak co roku uśmiechnięty :) Bardzo bardzo lubię to stoisko.
Chleby na liściach chrzanu, wielkie bochny zakwasowców i serwatkowy chleb, o którym już wspominałam... i jak tu zrezygnować z tak dobrego pieczywa? :)
Nalewki od pana Hieronima Błażejaka to klasa sama w sobie. Jeśli będziecie mieć okazję kiedykolwiek ich spróbować to polecam (chociaż bywają mocne:)). My uwielbiamy np. nalewkę z kwiatów czarnego bzu.
Oto polędwiczki miodowe - po powrocie żałowałyśmy, że nie kupiłyśmy więcej :)
Izka upodobała sobie również takie stworzenia do fotografowania... :)
I ja - chłodzę się napojem z kwiatów czarnego bzu z miętą i lodem (podwójnym:))
O tym kto w tym roku zdobył nagrody możecie się dowiedzieć np. z bloga Artura.
Małgosi dziękuję za miłe spotkanie i "współprelekcję" na śniadaniu prasowym :)
B jak barramundi
Warsztaty? Gavin Baxter? Olsztyn? Barramundi? Oczywiście, że tak! Dla takich działań zawsze mamy sporo entuzjazmu. I chociaż Izka tym razem nie mogła pojechać to z ja chętnie się zgodziłam - zwłaszcza, że w Olsztynie byłam już kilka lat temu i od jakiegoś czasu chciałam tam znów pojechać, by odwiedzić przyjaciółkę.
W mieście, które nie leży bezpośrednio nad jeziorem lub morzem zdobycie świeżej ryby niemal graniczy z cudem. Są sklepy rybne, w których zazwyczaj nie ma w nich dużego wyboru, więc posiłkujemy się kawałkami łososia na tackach czy ogólnie dostępnymi pstrągami, czasem tylko "polując" na inne gatunki lub prosząc wędkujących znajomych o pomoc. A gdzieś tam są ciekawe ryby, które dopiero można odkryć - lubimy, wręcz kochamy takie odkrycia, zwłaszcza dotyczące ryb i owoców morza. I chociaż barramundi nie była mi tak zupełnie obca, to okazało się, że niewiele o niej wiedziałam.
Ponieważ wszystko miało się zacząć wcześnie rano w sobotę do Olsztyna zaproszono nas już w piątek. W hotelowym pokoju czekała na każdego paczka z fartuszkiem, opiekaczem do grillowania ryb i... australijskim winem. Miłe :)
Chociaż integracji blogerów nie było w planie jeszcze wieczorem spotkałyśmy się z Edytą z bloga Madame Edith, Marysią z Gruszka z fartuszka i Martą z Rybka zwana Martą, by trochę poznać się przed warsztatami :)
Sobota. Pobudka o 7:30, śniadanie o 8:00, a po nim wycieczka do hodowli ryb barramundi, która mieści się w miejscowości Wymój za Olsztynem. Tam, w środku lasu znajduje się ekologiczna hodowla - dwa duże budynki, baseny z wodą, gorąco i parno (prawie 30 stopni) - idealne warunki dla ryb. Zostaliśmy oprowadzeni po całej hodowli i dowiedzieliśmy się mnóstwa ciekawych rzeczy - o samej rybie, która w naturalnych warunkach może ważyć nawet 70 kg, a w hodowlach najczęściej dochodzi do wagi 0,5-1,5 kg, o tym że ryby nie dostają żadnych hormonów i karmione są naturalnymi paszami, oraz że woda jest filtrowana akwaponicznie - tuż obok hodowli są uprawiane zioła i sałaty (bardzo fotogeniczne miejsce:)). Nawet uśmiercanie ryb nie przyprawia o ciarki - ryby są wrzucane do wody z kostkami lodu, która je po prostu usypia. To była niezła lekcja z cyklu - wiesz co jesz.
Bogatsi o sporą dawkę wiedzy udaliśmy się na warsztaty, które odbywały się na świeżym powietrzu - za hotelem, pod dużą altaną. Poprowadził je sympatyczny Gavin Baxter - z pochodzenia Australijczyk, obecnie mieszkający w Polsce szef kuchni restauracji Marriott. Fantastycznie uczyć się od mistrzów :)
Kilka słów o hodowli i dystrybucji opowiedział pan Grzegorz z Global Fish (organizatora warsztatów). Dzięki niemu dowiedzieliśmy się gdzie można kupić ryby (przede wszystkim w Makro, chociaż zdarzają się "rzuty" w niektórych marketach) i jakie plany firma ma w przyszłości.
Gotowałam przy jednym stanowisku z Edith, której w tym miejscu dziękuję za współfiletowanie i towarzystwo :)
Rybę taką jak barramundi fantastycznie można przyrządzić w całości - co jak pokazał Gavin prezentuje się i smakuje całkiem nieźle. Warsztaty jednak skupiły się na filetach - najpierw nauczyliśmy się sami filetować ryby. W przypadku barramundi to naprawdę nie jest trudne, bo jest dosyć zwarta i nie ma żadnych drobnych ości, wystarczy więc oddzielić filety od kręgosłupa i gotowe! W Australii, ze względu na spore rozmiary można ją kupić przede wszystkim w takiej formie.
Przyrządzaliśmy filety w trzech wersjach - jedną w Zaatarze (sumak, sezam, sól morska, tymianek i oregano), kolejną w marynacie z imbirem, trawą cytrynową, czosnkiem, kolendrą, sosem sojowym i chili i trzecią - w świeżych ziołach z cytryną.
Barramundi w Zaatarze podawaliśmy z sałatami i sosem jogurtowo-czosnkowo-miętowym. To był ciekawy smak - lekka kwaskowość sumaku, charakterystyczny sezamowy aromat, lekki sos - po prostu dobra kompozycja.
Najbardziej smakowała mi wersja z imbirem i trawą cytrynową - trochę tajska, ale lubię takie smaki, pod warunkiem, że nie dominuje w niej przyprawa chilli (stąd w naszej wersji nie było go za dużo:)). Ten filet jako jedyny grillowaliśmy w folii, a podawany był w towarzystwie warzyw zgrillowanych z ziołami i oliwą. Pysznie i kolorowo.
Ostatni filet, zamarynowany w ziołach podaliśmy z sałatką z pomidorów, oliwek i kaparów, oraz sałatami skropionymi oliwą. Kompozycja przepyszna! Do tego lekkie, białe wino i nie potrzeba niczego więcej...
Najedzona, z ciepłą dedykacją od Gavina Baxtera w książce "Smaki Świata" mogłam już jechać dalej i wraz z przyjaciółką zwiedzać Olsztyn.
To były dobre warsztaty i za możliwość udziału w nich serdecznie dziękuję organizatorom :)
W mieście, które nie leży bezpośrednio nad jeziorem lub morzem zdobycie świeżej ryby niemal graniczy z cudem. Są sklepy rybne, w których zazwyczaj nie ma w nich dużego wyboru, więc posiłkujemy się kawałkami łososia na tackach czy ogólnie dostępnymi pstrągami, czasem tylko "polując" na inne gatunki lub prosząc wędkujących znajomych o pomoc. A gdzieś tam są ciekawe ryby, które dopiero można odkryć - lubimy, wręcz kochamy takie odkrycia, zwłaszcza dotyczące ryb i owoców morza. I chociaż barramundi nie była mi tak zupełnie obca, to okazało się, że niewiele o niej wiedziałam.
Ponieważ wszystko miało się zacząć wcześnie rano w sobotę do Olsztyna zaproszono nas już w piątek. W hotelowym pokoju czekała na każdego paczka z fartuszkiem, opiekaczem do grillowania ryb i... australijskim winem. Miłe :)
Chociaż integracji blogerów nie było w planie jeszcze wieczorem spotkałyśmy się z Edytą z bloga Madame Edith, Marysią z Gruszka z fartuszka i Martą z Rybka zwana Martą, by trochę poznać się przed warsztatami :)
Sobota. Pobudka o 7:30, śniadanie o 8:00, a po nim wycieczka do hodowli ryb barramundi, która mieści się w miejscowości Wymój za Olsztynem. Tam, w środku lasu znajduje się ekologiczna hodowla - dwa duże budynki, baseny z wodą, gorąco i parno (prawie 30 stopni) - idealne warunki dla ryb. Zostaliśmy oprowadzeni po całej hodowli i dowiedzieliśmy się mnóstwa ciekawych rzeczy - o samej rybie, która w naturalnych warunkach może ważyć nawet 70 kg, a w hodowlach najczęściej dochodzi do wagi 0,5-1,5 kg, o tym że ryby nie dostają żadnych hormonów i karmione są naturalnymi paszami, oraz że woda jest filtrowana akwaponicznie - tuż obok hodowli są uprawiane zioła i sałaty (bardzo fotogeniczne miejsce:)). Nawet uśmiercanie ryb nie przyprawia o ciarki - ryby są wrzucane do wody z kostkami lodu, która je po prostu usypia. To była niezła lekcja z cyklu - wiesz co jesz.
Bogatsi o sporą dawkę wiedzy udaliśmy się na warsztaty, które odbywały się na świeżym powietrzu - za hotelem, pod dużą altaną. Poprowadził je sympatyczny Gavin Baxter - z pochodzenia Australijczyk, obecnie mieszkający w Polsce szef kuchni restauracji Marriott. Fantastycznie uczyć się od mistrzów :)
Kilka słów o hodowli i dystrybucji opowiedział pan Grzegorz z Global Fish (organizatora warsztatów). Dzięki niemu dowiedzieliśmy się gdzie można kupić ryby (przede wszystkim w Makro, chociaż zdarzają się "rzuty" w niektórych marketach) i jakie plany firma ma w przyszłości.
Gotowałam przy jednym stanowisku z Edith, której w tym miejscu dziękuję za współfiletowanie i towarzystwo :)
Rybę taką jak barramundi fantastycznie można przyrządzić w całości - co jak pokazał Gavin prezentuje się i smakuje całkiem nieźle. Warsztaty jednak skupiły się na filetach - najpierw nauczyliśmy się sami filetować ryby. W przypadku barramundi to naprawdę nie jest trudne, bo jest dosyć zwarta i nie ma żadnych drobnych ości, wystarczy więc oddzielić filety od kręgosłupa i gotowe! W Australii, ze względu na spore rozmiary można ją kupić przede wszystkim w takiej formie.
Przyrządzaliśmy filety w trzech wersjach - jedną w Zaatarze (sumak, sezam, sól morska, tymianek i oregano), kolejną w marynacie z imbirem, trawą cytrynową, czosnkiem, kolendrą, sosem sojowym i chili i trzecią - w świeżych ziołach z cytryną.
Barramundi w Zaatarze podawaliśmy z sałatami i sosem jogurtowo-czosnkowo-miętowym. To był ciekawy smak - lekka kwaskowość sumaku, charakterystyczny sezamowy aromat, lekki sos - po prostu dobra kompozycja.
Najbardziej smakowała mi wersja z imbirem i trawą cytrynową - trochę tajska, ale lubię takie smaki, pod warunkiem, że nie dominuje w niej przyprawa chilli (stąd w naszej wersji nie było go za dużo:)). Ten filet jako jedyny grillowaliśmy w folii, a podawany był w towarzystwie warzyw zgrillowanych z ziołami i oliwą. Pysznie i kolorowo.
Ostatni filet, zamarynowany w ziołach podaliśmy z sałatką z pomidorów, oliwek i kaparów, oraz sałatami skropionymi oliwą. Kompozycja przepyszna! Do tego lekkie, białe wino i nie potrzeba niczego więcej...
Najedzona, z ciepłą dedykacją od Gavina Baxtera w książce "Smaki Świata" mogłam już jechać dalej i wraz z przyjaciółką zwiedzać Olsztyn.
To były dobre warsztaty i za możliwość udziału w nich serdecznie dziękuję organizatorom :)
piątek, 10 sierpnia 2012
Baita - Italiano in Zakopane
Są takie miejsca, do których po prostu chce się wracać - pełne magnetyzmu, stworzone przez ludzi z pasją. Dobrą energię wyczuwa się od progu, od momentu powitania, które wygląda tak, jakbyśmy spotkali się z dawno niewidzianym przyjacielem, a nie "szefem kuchni"... W zasadzie to nie jest restauracja, to dom z pięknym zielonym piecem w kuchni, z drewnianymi meblami, talerzami na ścianach, miękkimi fotelami i drewnianymi stołkami. W dużych słoikach samodzielnie marynowane bakłażany, oliwki i suszone pomidory. Jestem jak paparazzi - nie wiem co najpierw mam sfotografować, a Salvatore mówi - już się przyzwyczaiłem. Cóż, ostatnio byliśmy tam dwa lata temu, tuż po tym jak Baita - Italiano in Zakopane otworzyła swoje podwoje. Od tego czasu zmieniło się tylko trochę wewnątrz i na zewnątrz - atmosfera pozostała ta sama.
Salva sprawnie przemieszcza się między kuchnią, a werandą, w której siedzimy. Tym razem jest tylko z córką, Dominika przyjedzie z Włoch za kilka dni. Rozmawiamy po angielsku, pijemy pyszne białe wino i źródlaną wodę, na stole pojawiają się antipasti: grzanki, oliwki, suszone pomidory, papryki z bułką tartą i kaparami (Peperoni Ammollicati), mus z pieczonych bakłażanów i marynowane paseczki bakłażanów z papryką. Zaczynamy jeść, wszystko tak nam smakuje, że trudno się powstrzymać, by nie wyjeść zawartości miseczek od razu, ale wiemy, że to dopiero początek. Po chwili na stole pojawiają się pieczone plastry bakłażana z bułką tartą i anchois - rozdzielamy je między siebie skrupulatnie, a Salvatore tylko pyta - smakowało? Pewnie! Zaglądam do kuchni - w małym piekarniku zapieka się dla nas puree z ziemniaków z bryndzą i salami - mały akcent polski we włoskiej kuchni, a Salvatore kroi zmrożone mięso na carpaccio, rozgniata żółtka... i powstaje z tego coś niezwyczajnego - carpaccio "gorąco" (z dodatkiem sosu musztardowego). To dopiero wszystkie antipasti... teraz chwila odpoczynku w jedzeniu. Z aparatem wychodzę na zewnątrz. Las, pagórek, niedaleko pasą się krowy, powietrze jest coraz chłodniejsze, słońce powoli zachodzi - jest fantastycznie, gra cicha, włoska muzyka.
Wracam, a na stole pojawia się tagliatelle z sosem Eoliana (z kaparami, oliwkami, anchois, świeżymi pomidorami i bazylią) - duże, soczyste oliwki z pestkami, słony posmak anchois - jest tak jak lubię. Za pół godziny czeka nas jeszcze jedno spaghetti - z suszonymi pomidorami, posypane świeżo startym pecorino... Nie wiem gdzie zmieszczę deser, przecież niedługo również on pojawi się na stole... Zanim to nastąpi Salva częstuje nas jeszcze kilkoma plastrami soczystego, włoskiego melona i figami ze słodkiej marynaty. Macie jeszcze miejsce? Dam Wam coś spróbować... to polędwica z tuńczyka (specjalnie gotowana), pokrojona w plastry posmarowane majonezem - konsystencja i smak przypominają polędwiczkę wieprzową, to nas pozytywnie zadziwia.
Kawa? Espresso, cappuccino? Skoro deser ma być słodki to niech będzie espresso. Kolorowe filiżanki i trzy naczynia z tiramisu pojawiają się na stole. M. uśmiecha się od ucha do ucha - największy miłośnik słodyczy (szepcze, że czekał na to od dwóch lat). Tiramisu kawowe, z opuncją czy może pistacjowe? Zjadam porcję pistacjowego, pozostałe dwa tylko próbuję - wszystkie są pyszne. Tiramisu u Salvatore jest lekkie, biszkoptowe - można się zapomnieć i zjeść aż za dużo. Salva mówi, że chciał zrobić dla nas Delizia al Limone, ale to przynajmniej dwa dni przyrządzania... nic nie szkodzi, może jeszcze przyjedziemy na kawę...
Na zewnątrz już zupełnie ciemno. Na koniec kieliszek limoncello i możemy jechać. Nie wiemy kiedy minęły cztery godziny. Taki czar dobrych miejsc, ciepłych ludzi i pysznego jedzenia. Slow life :)
Salvatore - Grazie! Ci vediamo la prossima volta!
Kolacja degustacyjna (umówiona telefonicznie) to koszt 100 zł od osoby. Można dzwonić do Salvatore lub Dominiki - jego żony.
PS2. Im było ciemniej tym zdjęcia były bardziej żółte, więc za jakość kilku ostatnich (deserów zwłaszcza) przepraszam.
Salva sprawnie przemieszcza się między kuchnią, a werandą, w której siedzimy. Tym razem jest tylko z córką, Dominika przyjedzie z Włoch za kilka dni. Rozmawiamy po angielsku, pijemy pyszne białe wino i źródlaną wodę, na stole pojawiają się antipasti: grzanki, oliwki, suszone pomidory, papryki z bułką tartą i kaparami (Peperoni Ammollicati), mus z pieczonych bakłażanów i marynowane paseczki bakłażanów z papryką. Zaczynamy jeść, wszystko tak nam smakuje, że trudno się powstrzymać, by nie wyjeść zawartości miseczek od razu, ale wiemy, że to dopiero początek. Po chwili na stole pojawiają się pieczone plastry bakłażana z bułką tartą i anchois - rozdzielamy je między siebie skrupulatnie, a Salvatore tylko pyta - smakowało? Pewnie! Zaglądam do kuchni - w małym piekarniku zapieka się dla nas puree z ziemniaków z bryndzą i salami - mały akcent polski we włoskiej kuchni, a Salvatore kroi zmrożone mięso na carpaccio, rozgniata żółtka... i powstaje z tego coś niezwyczajnego - carpaccio "gorąco" (z dodatkiem sosu musztardowego). To dopiero wszystkie antipasti... teraz chwila odpoczynku w jedzeniu. Z aparatem wychodzę na zewnątrz. Las, pagórek, niedaleko pasą się krowy, powietrze jest coraz chłodniejsze, słońce powoli zachodzi - jest fantastycznie, gra cicha, włoska muzyka.
Wracam, a na stole pojawia się tagliatelle z sosem Eoliana (z kaparami, oliwkami, anchois, świeżymi pomidorami i bazylią) - duże, soczyste oliwki z pestkami, słony posmak anchois - jest tak jak lubię. Za pół godziny czeka nas jeszcze jedno spaghetti - z suszonymi pomidorami, posypane świeżo startym pecorino... Nie wiem gdzie zmieszczę deser, przecież niedługo również on pojawi się na stole... Zanim to nastąpi Salva częstuje nas jeszcze kilkoma plastrami soczystego, włoskiego melona i figami ze słodkiej marynaty. Macie jeszcze miejsce? Dam Wam coś spróbować... to polędwica z tuńczyka (specjalnie gotowana), pokrojona w plastry posmarowane majonezem - konsystencja i smak przypominają polędwiczkę wieprzową, to nas pozytywnie zadziwia.
Kawa? Espresso, cappuccino? Skoro deser ma być słodki to niech będzie espresso. Kolorowe filiżanki i trzy naczynia z tiramisu pojawiają się na stole. M. uśmiecha się od ucha do ucha - największy miłośnik słodyczy (szepcze, że czekał na to od dwóch lat). Tiramisu kawowe, z opuncją czy może pistacjowe? Zjadam porcję pistacjowego, pozostałe dwa tylko próbuję - wszystkie są pyszne. Tiramisu u Salvatore jest lekkie, biszkoptowe - można się zapomnieć i zjeść aż za dużo. Salva mówi, że chciał zrobić dla nas Delizia al Limone, ale to przynajmniej dwa dni przyrządzania... nic nie szkodzi, może jeszcze przyjedziemy na kawę...
Na zewnątrz już zupełnie ciemno. Na koniec kieliszek limoncello i możemy jechać. Nie wiemy kiedy minęły cztery godziny. Taki czar dobrych miejsc, ciepłych ludzi i pysznego jedzenia. Slow life :)
Salvatore - Grazie! Ci vediamo la prossima volta!
PS. Jeśli będziecie w okolicach Zakopanego/Bukowiny Tatrzańskiej to namiary na to miejsce:
Baita - Italiano in Zakopane, www.italianoinzakopane.pl lub strona na fb: Baita - Italiano in Zakopane
Kolacja degustacyjna (umówiona telefonicznie) to koszt 100 zł od osoby. Można dzwonić do Salvatore lub Dominiki - jego żony.
PS2. Im było ciemniej tym zdjęcia były bardziej żółte, więc za jakość kilku ostatnich (deserów zwłaszcza) przepraszam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)























































